Lipiec 2026, sala H na Comic-Conie w San Diego. Gasną światła, na ekranie pojawia się twarz, na którą fani Zielonej Latarni czekali od dwóch lat: Sinestro. Sekundę później po sali przechodzi szmer, bo w tle mignęli Manhunterzy. Zwykły policyjny kryminał? Już nie, to zapowiedź czegoś większego. Zwiastun „Lanterns" trwał około trzech minut i zrobił dokładnie to, co miał zrobić: przypomniał, że 16 sierpnia HBO Max wypuszcza serial, który może na nowo rozgrzać zainteresowanie postacią Hala Jordana. A tam, gdzie rośnie zainteresowanie bohaterem, prędzej czy później pojawia się pytanie o Green Lantern gadżety na półkę.

Data, której nie musisz zapisywać na karteczce
Niedziela, 16 sierpnia 2026. Tego dnia rusza „Lanterns", serial HBO oparty na komiksowych postaciach Green Lantern Corps z wydawnictwa DC Comics. Sezon liczy osiem odcinków, a HBO Max nie wrzuca wszystkiego naraz, tylko wypuszcza je co tydzień, po staremu. Dla jednych to zbrodnia przeciwko binge-watchingowi, dla innych powrót do czasów, gdy o tym dyskutowało się przez siedem dni między epizodami. Osiem tygodni rozmów o pierścieniach mocy zamiast jednego weekendu z pilotem na kolanach.
„Lanterns" zamówiono od razu na pełny sezon, bez pilota na próbę, jeszcze w 2024 roku. To tak zwany straight-to-series order, czyli sytuacja, w której stacja mówi wprost: wierzymy w to na tyle, że płacimy za komplet odcinków z góry. W świecie telewizji taki gest to rzadkość i oznacza spore zaufanie do materiału ze strony stacji, a nie ostrożne sprawdzanie, czy widz w ogóle się zainteresuje.
Droga do premiery nie była zresztą całkiem gładka. Wcześniejszy zwiastun z marca 2026 na krótko zniknął z sieci, wokół czego krążyły fanowskie spekulacje. Co dokładnie się za tym kryło, oficjalnie nie wyjaśniono, więc lepiej traktować to jako fandomową anegdotę niż twardy fakt. Lipcowy materiał z Comic-Conu za to rozwiał wątpliwości co do jednego: produkcja jest na finiszu, a data 16 sierpnia jest realna, nie życzeniowa.
Dwóch Latarników, jeden pierścień i problem, który zna każdy mentor
Fabuła brzmi mniej kosmicznie, niż mogłoby się wydawać po samym opisie „dwaj kosmiczni policjanci". Hal Jordan, grany przez Kyle'a Chandlera, to weteran Green Lantern Corps, człowiek, który ma już swoje lata w mundurze i swoje blizny. John Stewart, w którego wciela się Aaron Pierre, to były marine i świeży rekrut. Zamiast latać między galaktykami, obaj lądują w amerykańskim heartlandzie i rozwiązują mroczną zagadkę morderstwa. Bliżej temu do „Detektywa" niż do wielkiego widowiska o obcych, i to jest w tym wszystkim najciekawsze.
Napięcie między bohaterami nie jest tu dekoracją zapychającą czas między scenami akcji. Stewart chce przejąć pierścień, a Jordan nie do końca akceptuje, że jego uczeń miałby być następcą, a nie tylko wsparciem. To stary jak świat konflikt mistrza i adepta, tyle że rozegrany w konwencji kryminału, w której obaj muszą sobie ufać, choć wcale nie muszą się lubić. John Stewart Green Lantern od lat jest w komiksach jedną z najmocniej napisanych wersji tej postaci, więc obsadzenie go jako emocjonalnego środka ciężkości serialu ma sens.
Wojskowa przeszłość Stewarta to nie przypadkowy szczegół z metryczki. W komiksach ta postać patrzy na porządek i dyscyplinę inaczej niż impulsywny Jordan, i właśnie to zderzenie dwóch temperamentów napędza ich relację. Jeden działa z brzucha, drugi z planu. Kiedy do tego dorzucimy zbrodnię do rozwiązania w małomiasteczkowej Ameryce, wychodzi z tego kryminał, w którym pierścień mocy sprawdza się bardziej jako narzędzie śledcze niż arsenał kosmicznego wojownika.

Sinestro wraca, a z nim Manhunterzy
Największą bombą lipcowego zwiastuna był Sinestro w wykonaniu Ulricha Thomsena. Dla porządku: to dawny mentor Hala Jordana, postać, która w komiksach DC przechodzi drogę od wzoru Latarnika do jego największego wroga. W serialu widzimy go uwięzionego w kosmosie, co brzmi jak ustawianie klocków pod coś, co wybuchnie później. Sinestro DC to nie przypadkowy złoczyńca tygodnia, tylko lustro, w którym Jordan ogląda wersję siebie, która poszła w złą stronę.
Obok niego w materiale mignęli Manhunterzy, klasyczna rasa-zagrożenie ze świata Green Lanterna, dawni strażnicy porządku, którzy skończyli jako bezduszne maszyny. Ich obecność sygnalizuje, że kameralny kryminał z prowincji ma jednak drugie dno i większą, kosmiczną stawkę. Ten mrok w tonie to zresztą świadomy wybór twórców, i przy okazji dobry pretekst, żeby przypomnieć, że mroczniejsze DC ma na półce swoją reprezentację. Linia Justice League Dark od Funko, z takimi postaciami jak Swamp Thing czy Constantine, celuje dokładnie w ten klimat, w którym magia i groza mieszają się z komiksowym superbohaterstwem.

Nazwiska, które robią różnicę
Serial nie powstał w próżni. Za „Lanterns" stoją trzej ludzie z bardzo różnych światów, którzy razem tłumaczą, czemu ta produkcja pachnie ambicją. Chris Mundy jako showrunner ma na koncie trzeci sezon „True Detective", więc kryminalny, duszny klimat prowincji to jego naturalne środowisko. Damon Lindelof, ojciec „Zagubionych" i „Watchmen", potrafi z komiksowego materiału zrobić coś, co ogląda się jak dramat obyczajowy z podwójnym dnem. A Tom King to scenarzysta komiksowy DC, człowiek, który zna te postacie od strony papieru i wie, gdzie w nich siedzi prawdziwa emocja.
Ta konfiguracja mówi o serialu więcej niż niejeden opis fabuły. Ręka twórcy „True Detective" zwykle oznacza wolniejsze tempo, ciężar położony na dialog i atmosferę, a nie na tempo eksplozji na minutę. Lindelof lubi zagadki, które rozwijają się warstwami i nie zawsze kończą prostą odpowiedzią. King z kolei w komiksach potrafił z superbohaterów wyciągnąć rzeczy zaskakująco ludzkie, od żałoby po zwykłe zmęczenie rolą. Jeśli te trzy wrażliwości się zejdą, „Lanterns" ma szansę być czymś więcej niż kolejną adaptacją z pierścieniem w roli głównej.
Do tej trójki dorzućmy Nathana Filliona, który powraca jako Guy Gardner w formie cameo, kolejny Green Lantern o zupełnie innym, zadziornym charakterze. Dla fanów DC to smaczek, dla przypadkowego widza raczej tło, ale sam fakt, że twórcy wpletli go w tę historię, pokazuje coś ważnego: Green Lantern Corps traktują jako żywy, wieloosobowy świat złożony z bohaterów o różnych temperamentach, nie scenografię dla jednej gwiazdy.
Jak „Lanterns" wpisuje się w plan Gunna i Safrana
Cała ta układanka ma szersze ramy. „Lanterns" to jeden z filarów nowego DC Universe budowanego pod wodzą Jamesa Gunna i Petera Safrana, gdzie ton poszczególnych produkcji celowo się różni. Zeszłoroczny „Superman" postawił na jaśniejszy, bardziej optymistyczny klimat, a serial o Latarnikach idzie w przeciwną stronę, w kryminał, w brud, w moralną szarość. To dobra strategia, bo pokazuje, że jedno uniwersum może pomieścić i pogodnego chłopaka w pelerynie, i dwóch zmęczonych gliniarzy z kosmicznymi pierścieniami.
Z perspektywy kolekcjonera ma to konkretny skutek. Im spójniej rośnie filmowo-serialowe DC, tym więcej figurek DC Comics trafia na rynek, i tym łatwiej zbudować półkę, która opowiada całą historię tego świata, a nie tylko jeden tytuł. Klasyczny Batman, choćby w wersji DC Multiverse od McFarlane Toys nawiązującej do stylu „Justice League" z lat 90., stoi obok Hala Jordana zupełnie naturalnie, bo obaj są elementami tej samej układanki.
Jest w tym też praktyczna nauczka. Rozpoznawalność bohatera po ekranowej premierze zwykle rośnie, a wraz z nią zainteresowanie gadżetami, więc pozycje wokół Green Lanterna, dziś spokojnie stojące na półce, po starcie serialu potrafią zniknąć szybciej. Kto planuje kolekcję wokół tej postaci, ma teraz komfortową sytuację: może wybierać na chłodno, zanim ruszy premierowy szał zakupowy.

Od zwiastuna do półki, czyli gadżety Green Lantern
I tu przechodzimy do sedna, bo premiera serialu to najlepszy moment, żeby domknąć kolekcję o postać, która przez lata bywała trochę pomijana. Green Lantern gadżety mają jedną przewagę nad dziesiątkami wariantów Batmana czy Supermana: jest ich mniej, więc łatwiej o pozycje, które faktycznie wyróżniają się na półce zamiast ginąć w tłumie kolejnej edycji tego samego bohatera.
Punktem wyjścia jest solidna Hal Jordan figurka. Wersja od Beast Kingdom Toys, mierząca około 20 cm, stawia na charakterystyczny zielono-czarny kostium i sylwetkę, która na regale robi robotę jako centralny element. To ten rozmiar, przy którym detal jest widoczny z drugiego końca pokoju, a jednocześnie figurka nie zajmuje pół biurka. Jeśli ktoś dopiero zaczyna zbierać wokół tej postaci, taki większy Hal Jordan to naturalne serce zestawu, wokół którego dostawia się resztę.
Dla zbieraczy Funko sprawa jest prostsza i tańsza. Zielona Latarnia w formacie POP! Heroes z serii New Classics, około 9 cm, to ta wersja postaci, którą można ustawić w rządku obok innych bohaterów DC bez rozjazdu stylistycznego. Winylowe POP-y mają tę zaletę, że łatwo je zestawiać w grupy: Latarnik, Superman w tej samej linii New Classics, mroczniejsze klimaty z Justice League Dark, wszystko w jednej estetyce wielkogłowych figurek. A jak ktoś lubi wątki złoczyńców, na rynku funkowym istnieją też pozycje ogrywające upadek Sinestro, co ładnie domyka narrację o mentorze, który zszedł na złą drogę.
Różnica między tymi dwoma światami to nie tylko cena i rozmiar. Figurka pokroju tej od Beast Kingdom celuje w wierność sylwetce i portretowi postaci, więc bierze się ją wtedy, gdy chce się mieć „tego konkretnego Hala Jordana". POP to z kolei znak rozpoznawczy zbieractwa masowego: kupujesz styl i serię, a nie jeden idealny egzemplarz. Szczerze, gdy ktoś pyta mnie, co wybrać na start, odpowiadam pytaniem: budujesz kolekcję jednej postaci czy całej estetyki? Obie drogi są w porządku, byle wybrać świadomie, bo mieszanie ich na jednej półce bez pomysłu potrafi wyglądać przypadkowo.

Cała reszta uniwersum, bo Latarnik nie stoi sam
Uczciwie: mało kto zbiera wyłącznie jedną postać. Półka fana DC to zwykle mieszanka, i to jest jej urok. Kto lubi figurki ruchome, sięgnie po McFarlane'a z artykulacją i pozami; kto woli efektowną scenę zamkniętą w jednej sylwetce, znajdzie coś dla siebie w zupełnie innej estetyce. Iron Studios proponuje na przykład Batmana na Bat-Signalu w niebieskim wariancie, około 15 cm, gdzie liczy się nie akcja, tylko klimat kadru wyjętego prosto z komiksowej okładki. Trudno tu mówić o lepszym czy gorszym wyborze, to po prostu dwie różne filozofie zapełniania regału.
Te różnice mają proste źródło. McFarlane od lat gra artykulacją i liczbą punktów ruchu, więc jego produkty są dla tych, którzy lubią zmieniać pozy i ustawiać sceny. Iron Studios w liniach pokroju Mini Co. idzie w stronę statycznego, ale dopieszczonego pomnika w mniejszej skali, gdzie postać ma jedną, przemyślaną pozę i tyle. Beast Kingdom siada gdzieś pośrodku, z naciskiem na portret bohatera. Jakość nie ma tu wiele wspólnego z wyborem, liczy się przeznaczenie: czy figurka ma stać w jednej efektownej pozie, czy dawać się ustawiać na nowo co tydzień. Dobrze to sobie ustalić, zanim się zamówi.

Na co uważać, kupując figurki DC Comics
Zanim klikniesz „kup teraz" pod wpływem świeżo obejrzanego zwiastuna, kilka rzeczy, o których łatwo zapomnieć w emocjach:
- Skala i format. Figurka 20 cm od Beast Kingdom i POP! 9 cm to dwa zupełnie inne światy wielkości. Zestawione obok siebie na oko wyglądają przypadkowo, więc lepiej z góry wiedzieć, czy budujesz półkę „duże figurki", czy „równiutki rządek Funko".
- Producent to charakter. McFarlane stawia na artykulację i pozy, Iron Studios na sceny i klimat, Funko na uproszczoną, zbieralną estetykę. Nie ma lepszego i gorszego, jest inne. Wybieraj pod to, co ma stać obok.
- Postać kontra wariant. Bohaterowie DC mają dziesiątki edycji. Sprawdź, czy dana figurka to wersja, na której ci zależy, bo różnice między odsłonami tej samej postaci bywają spore.
- Rozpakować czy nie. Stary dylemat kolekcjonera i szczerze, nie ma tu jednej słusznej odpowiedzi. Figurki akcji aż proszą się o wyjęcie i pozowanie, POP-y w pudełkach część zbieraczy trzyma w kartonie.
Kto chce dorzucić coś spoza kategorii figurek, ma do wyboru repliki. Batarang w skali 1:1 od Noble Collection to gadżet dla osób, które wolą przedmiot z uniwersum niż kolejną postać na regale. Leży na biurku, robi wrażenie, a przy okazji nie wymaga miejsca w gablocie. Takie akcenty rozbijają monotonię półki złożonej z samych sylwetek bohaterów i przypominają, że kolekcja DC to nie tylko ludziki, ale też przedmioty, które te postacie noszą. Do zestawu skupionego wokół Green Lanterna taki dodatek pasuje jako mrugnięcie w stronę tej franczyzy, a przy okazji jest to zakup, który omija cały dylemat skali poruszony wyżej, bo repliki po prostu się nie zestawia obok figurek.

Mini-słownik dla wchodzących w temat Green Lanterna
Jeśli serial ma być twoim pierwszym kontaktem z tym zakątkiem DC, kilka pojęć ułatwi oglądanie i wybieranie gadżetów:
- Green Lantern Corps to międzygalaktyczna formacja kosmicznych stróżów porządku, coś jak policja całego wszechświata. Hal Jordan i John Stewart są jej członkami.
- Pierścień mocy to źródło zdolności Latarnika, zasilane siłą woli. Tworzy z zielonej energii wszystko, co użytkownik sobie wyobrazi, od zwykłej tarczy po skomplikowaną konstrukcję, więc jego siła zależy wprost od charakteru noszącego.
- Manhunterzy to dawne robotyczne straże porządku, które wymknęły się spod kontroli i stały się zagrożeniem, jednym z klasycznych wrogów Latarników.
- Sinestro to niegdyś wzorowy Latarnik i mentor Hala, który uwierzył, że porządek najlepiej utrzymać strachem, i dlatego stał się jego przeciwnikiem.
Najczęstsze pytania
Kiedy premiera serialu „Lanterns"?
Premiera odbywa się 16 sierpnia 2026 na HBO Max. Sezon liczy osiem odcinków emitowanych co tydzień, więc finał przypada mniej więcej na początek października.
Kto gra Hala Jordana i Johna Stewarta?
Hala Jordana gra Kyle Chandler, a Johna Stewarta Aaron Pierre. Pierwszy to weteran Green Lantern Corps, drugi były marine i nowy rekrut. Ich relacja mistrz-uczeń jest emocjonalnym trzonem serialu.
Czy w serialu pojawia się Sinestro?
Tak. Sinestro DC, grany przez Ulricha Thomsena, został ujawniony w lipcowym zwiastunie z Comic-Conu. To dawny mentor Hala Jordana i jeden z najważniejszych antagonistów całego uniwersum Green Lanterna.
Jakie gadżety Green Lantern warto kupić na start?
Dobrym punktem wyjścia jest większa Hal Jordan figurka od Beast Kingdom Toys oraz POP! z serii New Classics, jeśli wolisz zbierać Funko. Wokół nich łatwo dobudować resztę kolekcji figurek DC Comics.
Czy trzeba znać komiksy, żeby oglądać „Lanterns"?
Nie. Serial prowadzony jest jako kryminał osadzony na Ziemi, więc wchodzi się w niego bez wcześniejszej wiedzy. Znajomość komiksów dodaje smaczków, ale nie jest warunkiem.
Zbuduj półkę razem z premierą
„Lanterns" to jedna z tych premier, przy których hobby zaczyna świerzbić samo z siebie. Osiem tygodni emisji da mnóstwo czasu, żeby spokojnie skompletować swój kącik Green Lanterna, od dużej figurki Hala Jordana, przez winylowe POP-y, aż po repliki i mroczniejsze klimaty z reszty DC. W ofercie GeekUp.pl znajdziesz pozycje DC Comics od Beast Kingdom, Funko, McFarlane, Iron Studios i Noble Collection, czyli wszystko, co potrzebne, by ta półka zaczęła opowiadać własną historię. Zajrzyj do kategorii DC Comics i wybierz to, co najlepiej pasuje do twojej gabloty przed 16 sierpnia.
